Udało się jakoś zgrać termin, który pasowałby nam obu i oto wyjeżdżamy znów razem w zimowe Alpy. Bercik
i ja. Tym razem jedziemy wozem Bercika i to on siedzi za kółkiem a ja przysypiam na siedzeniu obok, mając
nadzieję, że nie wpłynie to negatywnie na jasność umysłu kierowcy. Trasa wiedzie standardowym szlakiem na
Wiedeń i dalej do Tyrolu. Mijamy Innsbruck, utrzymując jeszcze przez chwilę kierunek zachodni, by następnie
skręcić na południe w długą dolinę Oetztal. Przejeżdżamy przez Oetz i w Laengenfeld skręcamy w lewo, aby
po chwili dotrzeć na koniec szosy. Jesteśmy w Gries, dochodzi ósma wieczorem.
Wokół nas śnieg wytopiony zupełnie, dalej tylko pojedyncze płaty. W zapadającym zmierzchu widać, że śnieg
leży dopiero wysoko w górach. Bercik zapakował narty do samochodu, ale teraz się zastanawia, czy jest sens
zabierać je do góry.
- Gdybym ja był narciarzem i miał narty ze sobą, na pewno bym je wziął - doradzam. Sam mam tylko rakiety
śnieżne, które właśnie przytraczam do plecaka. W efekcie po kilku minutach jesteśmy gotowi, każdy ze swoim
zimowym sprzętem, umocowanym do wielkiego garbu na plecach. Wyruszamy szlakiem, wiodącym doliną Sulztal.
Naszym celem na dziś jest dotarcie do schroniska Amberger.
Szybko robi się ciemno, a na drodze - początkowo wolnej od śniegu - pojawiają się coraz częściej brudnoszare
płaty. W miarę, jak się zagłębiamy w zwężającą się dolinę i powoli zyskujemy wysokość, pod stopami przybywa
zimowego atrybutu. Wysuwam się nieco do przodu i tracę z oczu mojego towarzysza. Gdy główna droga odbija
lekko w lewo a na wprost prowadzi narciarski ślad, wybieram właśnie ten wariant. Przypuszczam, że Bercik
założył już narty, więc pewnie pójdzie tędy, a nie chciałbym, byśmy się zupełnie rozdzielili. Zaraz jednak
zaczynam się zapadać w śniegu po kolana, więc nie ma rady - ściągam plecak i odpinam rakiety, by je założyć
na nogi. Wtedy widzę, że drogą po lewej wyprzedza mnie mój kompan - wciąż jeszcze z nartami przy plecaku.
Wołam do niego, bo chyba mnie nawet nie zauważył. Podchodzi jeszcze kawałek, zatrzymuje się i również przystosowuje
się do warunków. Gdy do niego doczłapuję w moich płetwach, jest już też gotowy do dalszej drogi.
W zupełnych ciemnościach, przy świetle czołówek suniemy w górę, zostawiając po bokach łypiące okiem w naszą
stronę żaby. Nie wiem, czy to one sprawiły, ale po chwili spadają pierwsze krople. Wkrótce deszcz przybiera
na sile i pora zmienić polar na kurtkę. Kiedy dochodzimy do nieczynnego schroniska Vorderer Sulztalalm,
pada już rzęsiście. Pod daszkiem dokonuję kolejnej zmiany garderoby - spodnie polarowe zastępuję bardziej
odpornymi na nieprzyjemne warunki atmosferyczne. Kto by pomyślał - zima, a tu leje...
Jesteśmy w połowie podejścia, pytam więc Bercika, czy by nie chciał przejąć ode mnie liny. Chciał, nie chciał -
ale zdejmuję swój garb z ramion i przekładamy kilkukilogramowy zwój z mojego plecaka do jego.
- Jak ci? - pytam.
- Gorzej - słyszę w odpowiedzi.
Cóż, nie wiemy, czy lina się przyda, ale targamy ją ze sobą.
Lżejszy teraz o tych kilka kilogramów, wysuwam się do przodu. Idę po omacku, tylko co jakiś czas załączając
czołówkę, gdy coś mi pod stopami nie pasuje. Wtedy dostosowuję swój kurs do przebiegu w miarę szerokiej drogi,
która jednak opada w lewo stromo w dolinę, gdzie szumi bystry potok. Nade mną ciemnieje na tle nieba jakaś
plama - zapewne masyw górski. Droga skręca ostrzej w prawo i daleko przede mną coś lekko bieleje. Wpatruję
się uważnie - fatamorgana czy
A nie! Nie fatamorgana. To obszar śniegu jaśniejszy od innych. Czyli - musi
być czymś oświetlony. Pięknie - schronisko już blisko!
Droga pnie się teraz w kierunku południowym, zostawiając nisko dno doliny. Rozmiękły śnieg powoduje, że
nawet w rakietach lekko się zapadam. W górze poruszają się małe światełka - najwyraźniej jacyś ludzie kręcą
się przy schronisku. Wkrótce dochodzę do nich. Okazuje się, że to jakaś ekipa szykuje się do zjazdu do
Gries. Widząc moje rakiety wołają ze śmiechem:
- Zapewne popsułeś nam naszą dobrą pistę!
- No, jasne! Rewelacyjna pista, wspaniale położony, narciarski ślad! - dostosowuję się do kpiarskiego tonu
grupki Austriaków.
Pytają, czy idę sam, czy jeszcze ktoś za mną podąża. Będą zjeżdżać i nie chcą być zaskoczeni nagłym pojawieniem
się ludzkiej sylwetki na szlaku.
- Owszem jeszcze jeden, ale ma czołówkę, więc jest dobrze widoczny.
Ruszają w dół, a ja wchodzę do schroniska i załatwiam formalności. Dostajemy Frauenlager - pokój dla kobiet.
Ale nie dlatego, że tak nam obsługa pragnie dogodzić i urozmaicić noc. Po prostu, pokój jest pusty, więc
dwóch Polaków będzie go miało dla siebie.
Schodzę na dół, by powitać wchodzącego właśnie Bercika i zaprowadzić go do pokoju. Pierwsze, co słyszę,
to słowa:
- Idę sobie spokojnie, rozkoszując się ciemnością nocy, a tu nagle zza zakrętu wypadają na mnie jacyś
śmigacze! W ostatniej chwili zdążyłem włączyć czołówkę i poczułem tylko wiatr mijających mnie o centymetry
ludzkich sylwetek.
No tak, nie pomyślałem, że i on lubi wędrówki w ciemnościach
Wypijamy przed snem po puszce piwa i walimy się na wyrka, nastawiając budzik na 6:15. Mamy tylko nadzieję,
że aura - tak niełaskawa dzisiaj - jutro jednak dopisze.