Atterkarjoch

Pogoda za oknem wymarzona, więc nie ma się co ociągać - zwłaszcza, że oprócz zrobienia wycieczki w góry, zamierzamy dziś jeszcze opuścić już schronisko. Pakujemy więc graty, zostawiając ich część w gabinecie butów, a do plecaka wrzucamy na razie tylko to, co może być przydatne na górskiej trasie. Szybko pałaszujemy śniadanie i wyskakujemy przed schronisko. Dzisiaj chcemy się udać w przeciwnym kierunku, niż poprzedniego dnia - a więc dostać się do Roßkar, a stamtąd spróbować podejść na Kuhscheibe. W stosunku do poprzedniego dnia znacznie się ochłodziło. To w sumie dobrze - może świeżo spadły śnieg nie będzie aż taki miękki.

Wyruszamy w górę dosyć płaskiej Sulztal, ale już po chwili odbijamy w prawo, podchodząc pod stromy spad, jakim nad główną doliną kończy się podwieszona boczna dolinka poniżej Roßkar. Bercik już zaczyna ciąć zbocze skosem w górę, podczas gdy dla moich rakiet to nie jest dobra taktyka. Idę więc jeszcze kawałek dnem doliny, by następnie zacząć się wdzierać w stok pod ostrzejszym kątem. Jest na tyle stromo, że mam z tym jednak problemy, próbuję więc skosu, ale to wcale nie przychodzi mi łatwiej - rakiety, to jednak nie narty. W efekcie kombinuję: trochę ostrego skosu, potem znów równo w górę, ale rakiety się obślizgują, mimo iż mocno zapieram się kijkami. Wyszukuję najbardziej odpowiednie partie terenu, powoli ale systematycznie zdobywając wysokość.

Dolina wciąż jeszcze zatopiona w cieniu wysokich grani, ale tuż nade mną ostra linia, za którą już czeka kraina słońca. Jeszcze parę kroków i osiągam tę jaskrawą biel w pełni oświetlonego śniegu. Zza bocznej grani po drugiej stronie Sulztal oślepiająco wyłania się słoneczna tarcza. Od razu też robi się cieplej. Nie jest to jednak dobre miejsce do zmiany garderoby - jeszcze trochę muszę powalczyć ze stromizną, zanim stanę w wygodniejszym miejscu, pozwalającym na dodatkowe manewry. Tu już mogę ściągnąć z grzbietu jedną warstwę odzienia i stąd też będzie się już łatwiej maszerowało.

Wiatr porywa świeży śnieg z okolicznych grani, tworząc fantastyczne, kilkumetrowej wysokości pióropusze. Tu i ówdzie słońce zostawia długi ślad na delikatnych obłokach, muskających skaliste czubki gór, wystające z nieskalanej niczym bieli. Aura wynagradza nam wczorajszy, kiepski dzień. Posuwamy się w górę, a gdy wyrasta przed nami niski grzbiecik, rozdzielający dolinę wzdłuż, wybieramy bliższą nas, orograficznie lewą wklęsłość. Podchodzimy dnem w stronę wybijających się z powszechnej bieli, wpadających w ciemnordzawy kolor skał Muschenkarschneid. Grzbiet po lewej wyrasta coraz wyżej, przesłaniając widok w stronę, gdzie znajduje się nasz ewentualny punkt docelowy. Decyduję się więc go sforsować, podczas gdy mój kompan będzie kontynuował podejście dolinką.

Okazuje się, że grzbiecik już stanowi wyzwanie i trzeba się trochę natrudzić, by go zdobyć. Udaje mi się to, co jednak nie oznacza końca problemów. Oto przede mną wąski klin, prawie pozbawiony śniegu. Na obie strony spadają strome zbocza, wykluczające trawers w rakietach, pozostaje mi więc wdrapanie się na skalisty fragment. Jest krótki, więc nie będę odpinał rakiet - próbuję wspinaczki w moich płetwach. Zawieszam kijki na nadgarstkach i łapię za ostre krawędzie kamieni, znajdując dla stóp prowizoryczne oparcia. Kilka kroków w ten sposób - zdaję sobie sprawę z tego, jak pociesznie muszę w tej chwili wyglądać - po czym wbijam pazury w śnieg ponad kamiennym grzebieniem, by się wydostać na górę. W końcu mam to miejsce za sobą i znów mogę poruszać się stosownie do aktualnie używanego sprzętu. Teraz grzbiet wznosi się tylko nieznacznie i stopniowo zmniejsza się różnica wysokości w stosunku do podnoszącego się systematycznie dna dolinki, którym podchodzi Bercik.

Spotykamy się ponownie na łagodnym siodełku, na które i on skręcił. Niestety, na drugą stronę nasz grzbiet opada dosyć stromo i głęboko. Jeśli chcielibyśmy kierować się nadal na Kuhscheibe, musielibyśmy teraz stracić część z trudem zdobywanej wysokości. Pytanie, czy nam właśnie na tym zależy. Okazuje się, że żaden z nas nie jest napalony na zdobycie szczytu o wdzięcznej nazwie Krowi Plasterek. Decydujemy się zatem na utrzymywanie dotychczasowego kierunku i podejście pod Roter Kogel, a następnie spróbujemy wznoszącym się trawersem osiągnąć grań, zamykającą tę dolinę. Liczymy na jakiś kolejny ciekawy widok po jej drugiej stronie.

Wzmaga się wiatr, wzbijając coraz wyższe pióropusze śnieżne na graniach i szczytach wokół nas. Zwłaszcza na bliskim Roter Kogel są dobrze widoczne wirujące w stronę słońca, srebrzyste smugi. Chwilami wyglądają jak dymy, snujące się z kominów pionowo w górę w bezwietrzny dzień. Wkrótce i do nas docierają podmuchy, wzbijając dookoła tumany drobnego, niezwykle gęstego sreberka. Docieramy w ten sposób do stóp, ostro spadającego na tę stronę, śnieżnego filaru i teraz musimy rozważyć dalszą drogę. Czy trawers stromego zbocza nie skończy się wywołaniem lawiny?.. Ale dają się zauważyć malutkie lawinowe stożki, spowodowane odpadnięciem śnieżnych brył spod grani; wszystkie one szybko się kończą, a więc nie widać tendencji do tworzenia się dużych lawin. Może w takim razie i nasze dwie bryły nie będą stanowiły wystarczającego zaczynu.

Ruszam pierwszy lekkim skosem w górę. Śnieg trzyma. Niestety, jest tu wiele świeżego opadu, więc zapadam się do kolan. Idzie się z trudem. Co kilkadziesiąt kroków zatrzymuję się na moment dla wyrównania oddechu, ogarniając wzrokiem dolinę pod nami i otaczające granie, na których nie ustaje taniec śnieżnych kryształków. Wygląda to, jakby górom włosy dęba z przerażenia stawały. Kontynuujemy nasz forsowny marsz, potem puszczam Bercika przodem. Po jego śladach idzie się wygodniej. Podchodzimy pod samą przełęcz i teraz trzeba pokonać kilka ostatnich, stromych metrów.
Widzę, jak zza grani napływają gęste poduchy obłoków. Wykonujemy kilka krótkich zakosów i wreszcie stajemy na wąskiej szczerbinie Atterkarjoch. Grań zdobyta!

Po drugiej stronie widoczność znacznie gorsza niż ponad Sulztal. Nawet nie widać Sölden, leżącego w Oetztal zaledwie kilka kilometrów na południe od nas. Pstrykamy po kilka fotek, potem znajdujemy miejsce, gdzie możemy się wspólnie uwiecznić za pomocą samowyzwalacza i pora ruszać w drogę powrotną. Bercik ostrożnie zjeżdża na nartach, a ja cóż - człapu, człap. Po minięciu newralgicznego odcinka, który mógł w międzyczasie zyskać tendencje lawinowe z uwagi na wzrost temperatury, dalej już łatwo i w miarę bezpiecznie, trasą zbliżoną do podejściowej, systematycznie zbliżam się do stromego stopnia nad samą Sulztal. Silnie operujące słońce wytapia śnieg z nachylonych pod odpowiednim kątem zboczy do samej trawy i kamieni. Pod stopami zaś robi się miękko i mokro. Przed samym progiem spotykam grupkę narciarzy podchodzących w górę - o tej porze dnia zapewne tylko w celu rychłego zjazdu.

Ostatni trudny fragment to zejście ze stromego progu. Okazuje się, że narciarze na sporych odcinkach wykorzystali moje ślady, kładąc na nich swój, a ja z kolei nie chciałbym psuć ich równych linii. Gdzie możliwe, staram się deptać obok, ale czasem muszę się zrównać z narciarskim tropem. W końcu osiągam dno doliny i po chwili jestem już w schronisku. Burczy mi właśnie w brzuchu, więc w samą porę dotarłem pod gościnny dach. Nie tracąc czasu konsumujemy posiłek, poprawiam piwkiem i pakujemy wszystko do worów. Gotowi? To w drogę.

<<== wcześniej: Dolina Schwarzenbergbach
później: Epilog ==>>

galeria: Amberger Hütte - Roßkar
galeria: Roßkar - Atterkarjoch - Amberger Hütte

Powrót do menu