Dolina Schwarzenbergbach

Kiedy o szóstej następuje pobudka, wystarcza nam rzut oka na zewnątrz i spokojnie kładziemy się z powrotem. Jest buro. Jakiś czas później unoszę się na łokciu i spoglądam w prostokątne okienko, po czym - uspokojony, że wcześniejsza decyzja była słuszna - zapadam ponownie w drzemkę. Kolejne przebudzenie i spojrzenie na świat - coś tam gdzieniegdzie poprzez chmury prześwituje. Dobra, wstajemy. Minęła godzina dziesiąta. Bez zbędnego pośpiechu schodzimy na jadalnię, szykujemy śniadanie, pakujemy się. W międzyczasie pogoda zmienia się jeszcze dwukrotnie. Kiedy w samo południe wychodzimy przed schronisko, sypie śnieg.

Gór prawie nie widać, ale spróbujemy się przejść. Przed nami wyrusza samotny gość w rakietach śnieżnych, który pół godziny wcześniej doszedł z doliny, ale on udaje się na południe, w stronę Sulztalferner - tam gdzie byliśmy poprzedniego dnia. Przypuszczam, że jego celem jest Hochstubaihütte. My zaś z wolna skręcamy w lewo, kierując się do wylotu wąskiej dolinki Schwarzenbergbach, czyli Potoku Czarnej Góry. Śnieg zdążył zasypać już wszystkie ślady z poprzedniego dnia, a dziś widocznie nikt nie wyruszył w tę stronę, więc każdy z nas kładzie świeży ślad w dziewiczym puchu.

Wczoraj zdążyłem sobie nadmiernie przypalić twarz, dziś więc wyruszyłem odpowiednio wysmarowany, co było tym słuszniejszym pociągnięciem, że właśnie wychodzi słońce. Jako że akurat zaczynamy się wdrapywać na nieco stromy spad, jakim kończy się - a dla nas zaczyna - boczna dolinka, to szybko odczuwam nadmiar ciepła i rozbieram się do koszuli. Podchodzimy każdy na swój sposób - Bercik zakosami, a ja po największym gradiencie. Śnieg ma zróżnicowaną konsystencję - miejscami rakieta zapada się raptem na dziesięć centymetrów, ale z kolei w innych wpadam po łydkę i to już stanowi pewne utrudnienie w marszu.

Słońce zdążyło się schować za chmury i znowu prószy śnieg. Zrywa się również wiatr, nie pozostaje mi więc nic innego, jak nałożyć na siebie kolejne warstwy odzienia. Teren łagodnieje i teraz poruszamy się w górę mniej więcej środkiem dolinki. Po mojej prawej ręce znajduje się podejście na jedną z przełączek, którą braliśmy pod uwagę, jako możliwy punkt docelowy dzisiejszego spaceru. Zatopiona jednak jest aktualnie w chmurach, więc jej atrakcyjność spada do zera. W tej sytuacji postanawiam po prostu iść dalej doliną. Odwracam się, szukając wzrokiem mojego kompana, ale dystans pomiędzy nami zwiększył się ponad zasięg wzroku w tych warunkach atmosferycznych. Nie szkodzi, jeszcze kawałek podejdę i chyba trzeba będzie zwyczajnie zawrócić.

Tymczasem z dna dolinki wyrasta coś na kształt moreny środkowej, a więc pakuję się wprost na nią. Grzbiecik wkrótce urasta do znacznych rozmiarów, zwłaszcza w moją prawą stronę opada stromo kilkadziesiąt metrów, podczas gdy po przeciwnej zarysowuje się znacznie łagodniejszym łukiem. Zastanawiam się, jak daleko jeszcze pociągnąć tą trasą, kiedy teren się kładzie i dochodzę do miejsca, które można uznać za lokalną kulminację. Rozglądam się wokół, ale nic specjalnie zachęcającego nie widzę, a więc decyduję się podnieść to miejsce do rangi celu dzisiejszej wycieczki. Widoczność jest kiepska, granie powyżej giną w chmurach, również za mną, po drugiej stronie Sulztal wszystko tonie w jednolitej szaro-bieli.

Warstwa obłoków nie jest jednak gruba, gdyż co jakiś czas przesuwają się po zboczach i po dolinie jasne plamy słońca, szybko gnane wiatrem. Postanawiam się uwiecznić w tym miejscu i jako statywu używam plecaka. Chwilę to trwa i udaje mi się strzelić fotkę dokładnie w momencie, gdy taka słoneczna plama przemieszcza się właśnie przez ten dzióbek, na którym stoję. Włączam telefon i odbieram kilka smsów imieninowych. Przychodzi również wiadomość od Bercika, wysłana poprzedniego dnia.
- Nie czekaj na mnie - napisał, kiedy zdecydował się zostać strażnikiem liny. No cóż, w końcu go otrzymałem. Lepiej późno niż wcale. Następnie wyciągam z plecaka bułkę i postanawiam się posilić, czekając na mojego kumpla. Nie zdążę jednak nawet skończyć posiłku, gdy pogoda zmienia się diametralnie i wszystko zaciąga się szczelnie. Zaczyna sypać śnieg, który błyskawicznie przechodzi w zacinającą śnieżycę. Nie, w tej sytuacji nie będę tu sterczał. Ani to przyjemne, ani nie ma gwarancji, że Bercik mnie po prostu nie minie, robiąc jakiś kolejny zakos. A więc - ruszam w drogę powrotną.

Staram się przeczesywać teren wzrokiem, by wyłapać mojego kompana, jeśli nie posuwa się dokładnie moim śladem. Zresztą, mój ślad w błyskawicznym tempie zanika. Śnieg go zasypuje, wiatr zawiewa i już zdarzają się kilkumetrowe odcinki, o których można by rzec, że nikt tędy dziś nie szedł. Śnieżyca nie ustępuje, ale odrobinę zwiększa się zakres widoczności i wtedy dostrzegam mojego towarzysza, nieco w prawo od trasy, którą schodzę. Skręcam więc w jego stronę i po chwili jesteśmy już razem. Akurat znów poprawia się pogoda i wkrótce na niebie pojawiają się coraz większe obszary błękitu. Po kilku minutach mamy najpiękniejszą pogodę tego dnia, aż zaczynam rozważać kontynuację wędrówki w górę doliny. Wykorzystujemy tę odmianę na błyskawiczną sesję fotograficzną. Ale trwa to tylko przez chwilę, gdyż kalejdoskop zjawisk atmosferycznych nie ustaje ani na moment i znowu od dołu płynie kolejna wataha chmur. Nie ma więc co dłużej kombinować i zapada nieodwołalna decyzja odwrotu. Bercik dostaje moje błogosławieństwo i zjeżdża szybko na nartach, a ja powoli człapię, starając się trzymać śladu wejściowego, co jest możliwe tylko miejscami - tam, gdzie się głębiej zapadałem. Cała reszta poznikała zupełnie.

Odpowiednio później docieram do schroniska i znów zaczynamy od pogawędki w pokoju, po czym schodzimy na jadalnię. Palnik zostaje na zewnątrz uruchomiony i wkrótce wrzątek zalewa gorący kubek, herbatę, kawę. Biorę tę samą gęstą zupę, co poprzedniego dnia, po czym przychodzi pora na złocisty płyn z pianką i w ten sposób kończymy wieczór. Tym razem za sąsiadów mamy Czechów, a z jadalni schodzimy jako przedostania grupa. Budzik na którą? No cóż - na 6:00

<<== wcześniej: Windacher Daunkogel
później: Atterkarjoch ==>>

galeria: Amberger Hütte - Schwarzenbergbachtal - Amberger Hütte

Powrót do menu