Budzik dzwoni, ale nie jesteśmy w stanie się pozbierać. Dosypiamy jeszcze pół godziny i dopiero wygrzebujemy
się z łóżek. Szybka, poranna toaleta i schodzimy do jadalni. Kiedy pałaszujemy nasze wiktuały, sala pustoszeje -
jednak wstaliśmy dosyć późno. Za to załapujemy się na pół litra gorącej herbaty, która została w dzbanku na sąsiednim
stole - szkoda, żeby się zmarnowała. Próbuję zasięgnąć informacji w kwestii konieczności targania liny ze sobą,
ale niestety - nie został już nikt, kto by się udawał w tę stronę, co i my. Cóż, powróz - potrzebny, czy nie - zabierze
się z nami.
Pakujemy graty i wychodzimy przed schronisko. Trzeba przyznać - zamarudziliśmy i jesteśmy ostatnim zespołem wyruszającym
w góry. Po drugiej stronie doliny, jeszcze stosunkowo blisko nas widać liczną grupę wchodzącą na nartach zboczem
w kierunku stromego żlebu. No, jeśli mają zamiar go sforsować, to szacuneczek. Nie jest mi dane sprawdzenie ich planów,
gdyż wkrótce grupka ginie nam z oczu, jako iż ruszamy w przeciwną stronę.
Dolina jest tu szeroka i płaska. Bercik przede mną na nartach, ja sobie człapię w rakietach. Niebo raczej obiecuje
dobrą pogodę - wiele błękitu, a obłoki na obrzeżach bardziej białe niż szare. Idziemy dokładnie na południe
i próbuję wypatrzyć, którędy drobne sylwetki daleko w przedzie pokonują zwężenie doliny. Nie da się tam przejść
dnem krótkiego wąwozu, tylko trzeba się wspiąć na bulę nad nim. W międzyczasie rzucam też badawcze spojrzenia na
boki, jako że w kolejne dni mamy zamiar zrobić wycieczki na obie strony głównej doliny. Widzę, że narciarze
zasuwają zarówno w lewo, w dolinę Schwarzenbergbach, którą można podejść na Schrankogel, jak i w prawo, w stronę
Kuhscheibe. Staram się z grubsza zapamiętać ich trasy.
Na podejściu na stromą bulę wyprzedzam nieco mojego kompana, chociaż moje rakiety nie sprawują się najlepiej
w takim terenie. Staram się iść na tyle daleko od ostrego spadu do wąwozu, żebym zdążył wyhamować przy ewentualnym
poślizgu. Bez dodatkowych przygód docieram jednak na bulę, gdzie teren się wyprostowuje i znów dosyć łagodnie
podchodzę w górę doliny. Otwiera się już szerszy widok na szczyty wokół Sulztalferner - lodowca zamykającego główną
dolinę - i sycę wzrok skalistymi wierzchołkami, plażującymi się w promieniach słonecznych, tylko tu i ówdzie
delikatnie okrytych cienkimi pasemkami obłoków. Bliżej mnie sylwetki turystów, którzy wyruszyli tuż przed nami, a
daleko - wolniutko się przemieszczające - małe mróweczki rannych ptaszków.
Śnieg jest dosyć twardy, ale ślad po rakietach zostaje wyraźny, kroczę więc obok dwóch równoległych linii, zostawionych
przez narciarzy, żeby im pisty nie popsuć. Szlak - o ile można tu o takim mówić - trzyma się orograficznie lewej
części doliny, przechodzę więc stosunkowo blisko ścian, którymi na lodowiec opada Wilde Leck. W drugą stronę,
poniżej śnieżnych grani dostrzegam grupę niewysokich penitentów. Najpierw mam je jeszcze przed sobą, wkrótce znajdują
się już na mojej wysokości, na tle Hinterer Daunkopf. Coraz częściej jednak penetruję wzrokiem grań na
wprost mnie, gdzie wznosi się cel dzisiejszej wycieczki - Windacher Daunkogel. Stąd wygląda dosyć łagodnie, w
odróżnieniu od ostrego szpica jego wschodniego wierzchołka. Odwracam się i szukam Bercika. Jest daleko. Spoglądam
na zegarek - może być problem z wejściem na szczyt. Ale może chociaż dałoby się wdrapać na grań i spojrzeć
na drugą jej stronę? Widzę, że niektórzy już zjeżdżają z góry - nie wiem wprawdzie czy byli na samym szczycie,
niemniej już obrali kierunek powrotny.
Decyduję się na pozostawienie liny w celu odciążenia plecaka. Wykopuję w śniegu mały dołek i lokuję tam kilkukilogramowy
zwój. I tak mi się nie przyda, a nieco łatwiej będzie mi się szło. Zostawiam napis: Bitte, laßt es - proszę
zostawcie to. W drodze powrotnej jeden z nas dwóch zabierze tę linę. Teraz, już z lżejszym plecakiem ruszam ostrzej
w kierunku śnieżnej grani. Niestety, dosyć szybko jestem zmuszony do zwolnienia kroku. Mimo mniejszego garbu na
plecach, odczuwam już trudy trasy. Pierwsza w tym roku taka eskapada, wczorajsza długa droga z kraju i dziś
od razu na trzy tysiące metrów - oddech staje się coraz szybszy. Muszę co kilkadziesiąt kroków przystawać i go
wyrównywać, uspokajając również niezwykle ożywione serce. Ostatnie podejście jest bardziej strome, niż dotychczasowa
trasa, ale wreszcie osiągam zamykającą Sulztal grań.
Ślady, którymi podążałem, przechodzą na południe i kierują się w stronę widocznego schroniska, postawionego na sporym
wybrzuszeniu. To Hochstubaihütte, posadowione na wysokości 3174m, a więc jeszcze siedemdziesiąt metrów wyżej
niż Wütenkarsatel - przełączka, na której właśnie stoję. Podziwiam dookolne widoki, chociaż widoczność się
psuje. Pojawiło się więcej chmur na niebie i zaczęły powoli się obniżać, zasłaniając niektóre szczyty i granie.
Spoglądam za siebie - widzę pojedynczą sylwetkę w miejscu, gdzie zostawiłem linę. Domyślam się, że to Bercik
do niej dotarł.
Ruszam, szerokim w tym miejscu grzbietem, w stronę szczytu Windacher Daunkogel. Wkrótce z lewej dochodzą
ślady nart; najwyraźniej jakaś ekipa tutaj osiągnęła grzbiet, zwężający się w tym miejscu do wąskiej grani.
Widzę, że mój kompan wciąż znajduje się w tym samym miejscu - czyżby postanowił zostać strażnikiem liny?.. Nie
wiem w tej chwili, jakie są jego dalsze zamiary; dowiem się, gdy później wymienimy wzajemne wrażenia.
Grań przede mną staje dęba. Najchętniej obszedłbym ten szpic, zagradzający mi drogę na szczyt, ale nie bardzo jest jak.
Na północną stronę opada stromym, śnieżnym zboczem, na które nie odważę się wejść - nie zależy mi na błyskawicznym
ślizgu w dół, może nawet razem z rosnącymi w lawinę zwałami śniegu. Sprawdzam, jak wygląda północny stok. No
cóż
nie ma północnego stoku. Tu grań urywa się poszarpaną, skalną ścianą. Nie mam innego wyjścia, tylko posuwać
się w górę wąziutkim, białym grzebieniem. Są na nim wydeptane ślady. Już tylko butów - najwyraźniej docierający na
grzbiet narciarze zostawiają tu gdzieś narty, co w tutejszym języku określa się jako "ski depot" i dalej zasuwają
już w samych butach.
Próbuję podchodzić w rakietach, ale obślizgują mi się i też muszę je odpiąć. Robię więc swój prywatny "rakiety depot"
i ruszam ostrożnie w górę. Krok za krokiem wkładam stopy w wydeptane ślady. Ale nagle
koniec. Do tego miejsca
doszło co najmniej kilku ludzi, ale dalej już nikt. Przede mną ciągnie się w górę niezmącona niczym, równa biel.
Co robić? Przypuszczam, że do wierzchołka tego szpica pozostało już niewiele, a dalej może grań jest bardziej przyjazna.
Chwila wahania i zamieniam kijki na czekan. Spróbuję podejść ten kawałek. Staram się oszacować grubość nawisu.
Nie pójdę samym szpicem śnieżnym, bo daleko bym nie zaszedł - jestem przekonany że nawis zerwałby się pod moim
ciężarem i runąłbym w dół, odbijając się od południowych urwisk. Ale jak daleko ten nawis sięga?.. Decyduję się
na metrowy odstęp, więcej też nie mogę, bo zaczyna się stromy spad północny. Wbijam czekan przed sobą - niestety,
wchodzi na całą głębokość i wcale nie siedzi mocno. Luźny śnieg - brrr
Powoli, z największą ostrożnością i z
duszą na ramieniu pokonuję kolejne metry. Nie widzę żadnych pęknięć w najbliższym otoczeniu, ale może się zdarzyć,
że nawet nie zdążę zauważyć pęknięcia.
Jeszcze kilka kroków i - jest! Stoję na szpicy. Niestety, sprawa się klaruje. Przede mną około dwustu metrów
nieprzyjemnego terenu do przełączki, z której jest już zupełnie łatwo na szczyt Windacher Daunkogel. Ale te
dwieście metrów to ostry, biały grzebień, spod którego w kilku miejscach wystają luźne płyty skalne. One nawet
bez tego śniegu mogą zjechać z grani. Patrzę bezradnie na ten krótki odcinek, uniemożliwiający mi przedostanie się
na końcowy fragment grzbietu. Nie, to już zbyt duże ryzyko - na to nie pójdę. Jest jeszcze zbyt wiele innych miejsc
do zobaczenia, zbyt wiele innych gór do przejścia...
Dostrzegam ludzkie sylwetki na szczycie, po chwili znikają a pojawiają się kolejne. Najwidoczniej wejście na
główny wierzchołek jest z drugiej strony góry. No cóż, to już innym razem. Bardzo ostrożnie pstrykam fotkę w
tym najwyższym moim punkcie i zawracam. Równie ostrożnie schodzę - najpierw po swoich śladach, potem już po
liczniej wydeptanych i docieram do pozostawionych rakiet. W międzyczasie niebo się mocno zachmurzyło i zaczął
wiać silny wiatr. W trakcie zakładania rakiet marzną mi łapy, które później intensywnie rozgrzewam w rękawicach.
Schodzę stromym skrótem, więc kijki pozostawiam przytroczone do plecaka, a asekuruję się czekanem.
Widzę, że Bercik nadal tkwi w tym miejscu, gdzie go widziałem ostatnio - jest mi więc łatwiej trzymać kierunek.
Wkrótce się spotykamy. Okazuje się, że mój kompan podszedł stąd jeszcze kawałek, ale widząc nadciągające chmury
zrezygnował z dalszej wędrówki i postanowił aklimatyzować się pobytem na wysokości zdeponowanej liny. Przez
chwilę rozmawiamy, a kiedy zaczyna prószyć drobny śnieg, Bercik ładuje linę do swojego plecaka i rozpoczyna
zjazd w dół. Takiemu to dobrze - ja muszę człapać w swoich płetwach.
Ścinam szerokie łuki robione podczas podejścia i w efekcie na ostatniej buli nie trafiam idealnie na drogę
wejściową, co pociąga za sobą elementy ekwilibrystyki w płytkim żlebie, którym nieco ryzykownie, ale jednak
szczęśliwie, ląduję na ostatnim fragmencie drogi. Tu już zupełnie łatwo przemierzam szeroki fragment doliny
z widocznym na końcu schroniskiem. Niestety, niebo prawie całkowicie zachmurzone. Oby tylko do jutra nie popsuła
się pogoda...
W schronisku się rozkulbaczam i pakuję do naszego Babskiego Pokoju - nic w kwestii lokatorów się nie zmieniło.
Mój kompan zdążył już wypocząć, zanim ja tu dotarłem. Otwieram piwko plecakowe i gawędzimy, potem schodzimy na
dół. Stawiamy na zewnątrz wodę do zagotowania - dla Bercika na obiad i herbatę, dla mnie na kawę. Gdy czekamy na
pojawienie się bąbelków, słyszymy rozmowę w języku polskim. Okazuje się, że siedząca przy jednym ze stołów trójka,
to Polacy. Kiedy mamy już zalane wrzątkiem nasze kubki, tamci pytają szefa schroniska o prognozę pogody. Wtedy
i my się dołączamy do wysłuchania najnowszych informacji - niestety, następny dzień ma być nieszczególny pod tym
względem - po czym nawiązujemy rozmowę z rodakami. Okazuje się, że idą od schroniska do schroniska i na pewno
następnego dnia wyruszą w drogę. My uzależniamy naszą działalność od pogody. Jeszcze sobie trochę wspólnie gawędzimy,
ale dopiero znacznie później, bo już w Polsce, okaże się, że jednym z tej trójki jest Kuba, znany mi wirtualnie z
górskiej grupy dyskusyjnej.
Trójka rodaków udaje się w końcu na spoczynek, a my we dwóch - przy kolejnych piwkach - rozkoszujmy się atmosferą
całkowicie pustej już jadalni. Wreszcie i na nas przychodzi senne znużenie, wchodzimy więc na górę i walimy
się na wyrka. Budzik? Niech tam - nastaw na 6:00.
<<== wcześniej: Prolog
później: Dolina Schwarzenbergbach ==>>
galeria: Amberger Hütte - Sulztalferner
galeria: Sulztalferner - Windacher Daunkogel - Amberger Hütte
Powrót do menu