Punta Arenas, Seno Otway

Rano budzę się ostatni - na mnie jakoś zmiana czasu nie działa. W małej jadalni jesteśmy tylko we czwórkę. W ramach śniadania - oprócz twardych bułek są na szczęście jeszcze tosty, a oprócz dżemu jest żółty ser. Do tego kawa, ewentualnie herbata - pierwsze chilijskie menu.
Wyruszamy na pierwszy zwiad. Najpierw kierujemy się w stronę widocznej, dużej wody. To Cieśnina Magellana - za nią już Ziemia Ognista. My zaś jesteśmy na samym końcu kontynentu amerykańskiego, konkretnie na półwyspie Brunszwickim. Cieśnina ma tu przebieg południkowy, więc Tierra del Fuego leży na wschód od nas. Zaśmiecone brzegi cieśniny zwiedzamy tylko my i psy, wyglądające na bezpańskie, ale nie przejawiające agresji.

Koniec kontynentu przez długi czas nie leżał w centrum uwagi władz chilijskich ani argentyńskich. Dopiero w 1843r Chile ogłosiło, że całe południe należy do tego kraju, co miał zagwarantować desant 21 żołnierzy. Wojskowa placówka długo nie przetrwała, a gdy Chile zaangażowało się w konflikt z Peru, Argentyńczycy przejęli większość Patagonii oraz połowę Ziemi Ognistej, ustalając granice w ich obecnym kształcie. Obecnie Punta Arenas, będąca stolicą chilijskiego dystryktu Magallanes, liczy sobie ponad 100 tysięcy mieszkańców, z których wielu nie uważa się za Chilijczyków, tylko za Magellańczyków.

Zanurzamy się w siatkę ulic, przecinających się pod kątem prostym, mijamy centralny punkt z sympatycznym, zielonym skwerem i wchodzimy na wzgórze na skraju miasta. Schodząc z niego w kierunku południowym, natykamy się na mnóstwo tabliczek kierunkowych, przytwierdzonych do kolejnych słupów. Wskazują przeróżne miejsca na świecie. Jeśli wierzyć zamieszczonym informacjom, to Paryż odległy jest o 13280km, Vukovar o 13877, Astana w Kazachstanie o 20820km. Z kolei 13643km dzielą nas od Borussii Dortmund, 14150km od Brna, a 12961km od Pekinu, tyle że już w drugą stronę. Jest i strzałka do Kabulu, ale nie udaje mi się dowiedzieć, jak to daleko. Tu i ówdzie powiewają flagi dystryktu - rozgwieżdżone niebo nad łańcuchem górskim o kształcie piły.

Schodzimy do centrum i zasiadamy w zatłoczonej knajpie, gdzie już po godzinie zostajemy obsłużeni. Następnie robimy zakupy przed wyjazdem z miasta - później już nie będzie okazji. Próbuję oddać butelki po piwie, ale okazuje się, że wersja się zmieniła i co było prawdą jeszcze wczoraj, dziś już jest przestarzałe i nieprawdziwe. Początkowo nie bardzo chcę wierzyć w tak szybko zmieniające się zasady; kiedy jednak moje próby odzyskania kaucji napotykają zdecydowany odpór kolejnych osób zatrudnionych w markecie, biorę zamach, jakbym zamierzał roztrzaskać na miejscu te flaszki. Odskakują przezornie na bok, ale wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Za godzinę mamy autobus, a ewentualne utarczki czy nawet tylko pogawędki z tutejszą policją na pewno trwałyby dłużej. Daję więc za wygraną - cóż, pozwoliłem się złupić w pierwszy dzień. Na szczęście, nauczyłem się czegoś za niewielką kwotę.

Wracamy szybko do hostalu, pakujemy plecaki i za chwilę podjeżdża autobus. Zbiera jeszcze parę osób i opuszczamy Punta Arenas.


Autobus zawiezie nas do Puerto Natales, ale po drodze mamy mieć przystanek. W ramach przejazdu zaplanowana jest wizyta w kolonii pingwinów, gdzie zamieszkuje ich podobno około 50 tysięcy. Rzeczywiście, po kilku kilometrach autobus zostawia asfaltową szosę i skręca w szeroką, szutrową drogę. Jest zakurzona do tego stopnia, że kłęby pyłu wzbijają się wysoko w powietrze i przenikają do wnętrza. Już po chwili czuję w nozdrzach, w ustach, a wkrótce i w gardle wszechobecny kurz. Autobus zjeżdża na jakąś boczną drogę, równie mocno zakurzoną i mijając po prawej niewysokie wzgórze, zbliża się do sporej wody. Przed nią skręt w lewo i dojeżdżamy do parkingu.

Jesteśmy nad jednym z fiordów, wrzynających się w ląd od strony Pacyfiku. Autobus będzie na nas czekał, a my ruszamy w drogę. Trzeba przejść około kwadransa w miarę szybkim krokiem. Grupka zainteresowanych - a takich jest zdecydowana większość, jako że kolonia pingwinów jest zawarta w cenie biletu - rozsypuje się na sporej długości, gdyż prowadzący idzie żwawo. Oglądam się za siebie - oprócz naszej czwórki, idzie jeszcze troje, reszta zaczyna odstawać. Cóż, będziemy mieli więcej czasu dla ptaków we frakach; autobus i tak musi zaczekać na wszystkich.
Po drugiej stronie fiordu widać wyspę Riesco - nie jest taka płaska, jak otaczający nas teren, przyciąga więc mój wzrok. Po chwili polna droga zastąpiona zostaje drewnianym podestem, który tworzy czasami mostek, mimo iż żaden potok dołem nie przepływa. To takie skrzyżowania bezkolizyjne - dołem pingwiny, górą ludzie. No dobrze, ale gdzie te pingwiny?..

Są! To znaczy... jest jeden. Ale po chwili widać i drugiego. Parę osób stoi i wypatruje czegoś w ziemi, blisko podestu. Podchodzimy i my - faktycznie, w ziemnej jamie schowany pingwin, tylko łebek mu widać. Nieco dalej dwa następne, z czego jeden najwyraźniej daje występ operowy.
Wyłożona deszczułkami dróżka rozdwaja się. Wybieramy wariant prawy, kierując się w stronę wody. Przed nami coś w rodzaju bardzo szerokiej i niskiej ambony myśliwskiej. Kilka drewnianych schodków i w szczelinach zostawionych między deskami, możemy obserwować grupę pingwinów nad samym fiordem. Owszem, ruszają się, czasem wymieniają pozdrowienia dziobami, chwilami wygląda na to, że mają odmienne poglądy na jakieś swoje, pingwinowskie sprawy, ale... kolonia pięćdziesięciu tysięcy pingwinów??.. Jakieś pięćdziesiąt sztuk tu może na kolonie przyjechało. Ale nie więcej.

Cóż, nie ilość ważna, ale jakość. Rozglądam się trochę po okolicy. Intryguje mnie krajobraz, tak różny od naszego. Wprawdzie widziałem sporo programów o tych miejscach w telewizji, ale jednak to zupełnie co innego - zobaczyć je na własne oczy. Jesteśmy na szerokości geograficznej około 52 stopnie 30 minut, a więc na równoleżniku, którego północny odpowiednik przechodzi przez Polskę. Tuż powyżej Warszawy, na tej wysokości, gdzie Warta wpada do Odry, a roślinność - taka bardziej irlandzka, szkocka, norweska nawet... Cóż, jednak ta bliska masa lodu robi swoje. Jesteśmy przecież tak niedaleko Antarktydy.

Odchodzimy od brzegu Seno Otway. "Seno" - tak się nazywają tutejsze fiordy. Skręcamy teraz w boczną pomostową alejkę i dochodzimy do jednej z wieżyczek widokowych. Nie widać z niej wiele więcej niż z chodnika - ruszamy więc dalej, by tuż przy samym pomoście natknąć się na pomnik pingwina. Pomnik jednak czasem łypnie okiem, albo lekko przekręci łebek.
Mijamy jeszcze kilka kolejnych nielotów, ale ciągle nie możemy się doliczyć tych pięćdziesięciu tysięcy. No cóż, resztę próbujemy nadrobić wyobraźnią.

Trasa zatacza koło i rozpoczynamy powrót do parkingu. Żegnamy Seno Otway, rzucamy jeszcze okiem na tandetne pamiątki w kiosku, zatrzymujemy głośnym wołaniem kierowcę, który rusza, mimo iż brakuje dwójki pasażerów. Dobiegają wystraszeni, że mogliby tu pozostać nawet bez bagaży i teraz już autobus rusza w dalszą trasę. Najpierw powrót do szosy i potem przejazd na północny zachód. Zapada zmrok i do Puerto Natales dojeżdżamy po godzinie 22:00.
Godzina była jednak chyba i tak za wczesna, bo zarezerwowane pokoje nie były jeszcze gotowe na nasze przyjęcie. Musimy chwilę czekać na dole, przy recepcji; potem wchodzimy po schodkach na piętro. Na korytarzu piętrzą się plecaki, ułożone w stosy - prawdopodobnie właśnie dostały nakaz eksmisji z pokojów, które mamy zająć my. Wiesia z Tomkiem dostają pokój z szerokim łożem i telewizorem, a ja z Danielem wprowadzamy się do niewielkiego pokoiku, prawie w całości zastawionego czterema pryczami. Nastawiamy budziki na siódmą, jako że poranny autobus ma nas zabrać o 7:45 i zawieźć do Parku Narodowego Torres del Paine.

<<== wcześniej: Prolog          później: przejazd do Torres del Paine ==>>

galeria: Punta Arenas, Seno Otway

Powrót do menu